Uprawiasz sport po to, żeby schudnąć? — Nigdy nie będziesz szczęśliwy

UWAGA — Jeżeli jesteś ektomorfikiem, będziesz musiał użyć dużo wyobraźni, żeby zrozumieć problem przedstawiony poniżej ;)

Za dziecka byłem raczej grubaskiem. Babcia zawsze dawała mi 10 zł więcej na zakupy, żebym “kupił wszystko, na co mam ochotę”. A że ochoty mi nie brakowało — jadłem. Jadłem mniej więcej tyle, ile je dorosły górnik. Pracujący 2 zmiany dziennie. Ważący 150 kg. Poważnie…! To był czas, kiedy w sklepach zaczynało się pojawiać coraz więcej rzeczy. Zachodnie słodycze traktowano niczym dobro ostateczne, więc babcie rozumiały to jako okazywanie miłości.

Uprawiasz sport żeby schudnąć? - Nigdy nie będziesz szczęśliwy

Uprawiasz sport żeby schudnąć? — Nigdy nie będziesz szczęśliwy

 

W efekcie nabyłem tendencję do szybkiego obrastania tłuszczykiem. W wieku 13–15 lat nie przeszkadzało mi to za bardzo. Temat pojawił się dopiero, kiedy minął mi wiek buntu. Przeglądanie z kolegami tanich gazet porno po szkole, niestety przestało być najbardziej ekscytującym zajęciem. Każdy nastolatek w końcu dorasta do wieku, w którym powoli zaczyna zwracać uwagę na swój wygląd. Nie byłem wyjątkiem, więc z pomocą mamy zaopatrzyłem się w masę ciuchów “Reportera” — hit mody! Wtedy chodziła w tym tylko elita! Laseczki leciały na to niemalże tak bardzo, jak na discmeny albo skutery. Po 2 tygodniach testów, z przykrością stwierdziłem, że nie pomogło. Później testowałem żel do włosów, discmena ;) , buty nike i ubieranie się w “skejtowskie bluzy”. Dalej nic z tego.

 

Ostateczna ostateczność

Jako leń z urodzenia, chciałem zbadać wszystkie możliwe opcje, zanim tylko pomyślałem o schudnięciu. Ostatecznie nadszedł ten dzień, kiedy zdecydowałem się zrzucić kilogramy. Choć szczerze mówiąc - takich dni było wiele… ;) Jeden z nich doczekał się realizacji i w wieku lat 19, spadłem z wagi 122 kg na 89 kg, przy wzroście niemalże 200 cm. Przyszło mi to stosunkowo lekko. Jadłem zdrowo i ćwiczyłem. A ćwiczyłem tylko i wyłącznie po to, żeby schudnąć. Był to mój jedyny powód. Od tego czasu minęło kilka długich lat i do dzisiaj walczę o utrzymanie tej wagi. Raz idzie lepiej, raz gorzej. Te kilka lat nauczyło mnie, że już zawsze będę musiał z tym walczyć.

W międzyczasie udało mi się znaleźć pracę, żonę, kupić samochód i zamieszkać samemu. Zrobiłem wszystkie te “nudne” rzeczy, którymi ludzie w moim wieku chwalą się na Facebooku. Trafiły mnie też codzienne problemy. A to było dla mnie coś nowego. Przestałem mieć czas, żeby uprawiać sport po to, żeby trzymać wagę. Wracałem zdenerwowany z pracy i nie chciałem się denerwować jeszcze bardziej, więc żaden ruch nie wchodził w grę. Podchodziłem do tego jak do kary.

Moje tempo życia wzrastało z dnia na dzień. Pojawiało się wiele nowych obowiązków i rzeczy “do załatwienia na już”. Pewnego dnia wróciłem do domu, z chęcią zamordowania mojego ówczesnego szefa. Miałem wrażenie, że jakby był tuż obok, skończyło by się to dla mnie więzieniem. Zadzwoniłem do mojej najlepszej przyjaciółki, obecnej żony. Opowiedziałem o wszystkim i usłyszałem “idź pobiegać”. W życiu bym na to sam nie wpadł. Biegać po to, żeby biegać?! Bez sensu. Wytłumaczyła mi, że zejdzie mi napięcie, napłynie endorfin i będzie ok. Poszedłem.

 

Odkrycie Ameryki

Po godzinie biegania, wróciłem, kochając życie. To śmieszne — wiem! Opowiadam jakbym odkrył koło albo krojony chleb. Niedorzeczne, ale tak się właśnie czułem. Zacząłem to testować częściej. Biegać, grać w squasha, jeździć na rowerze, chodzić na siłownię. TYLKO po to, żeby czuć się dobrze. Po to, żeby zachować higienę psychiczną. I działało to dużo lepiej niż się kiedykolwiek spodziewałem.

Wtedy mnie olśniło. Zrozumiałem! Wszyscy ludzie, którzy uprawiają sport, żeby schudnąć mają potężny problem. Rozumiem to wewnętrzne pragnienie bycia szczupłym, przeżyłem to. Do dziś czuję jego siłę i motywację, która się za nim kryła. Niestety sam spadek wagi przynosi jedynie chwilowe szczęście. Mamy fajną figurę — cel osiągnięty! Brawo! No i kończymy uprawiać sport, bo przecież schudliśmy. Potem powrót do normalnego jedzenia, do normalnej wagi i do kompleksów. Pojawia się frustracja, czasem depresja i chęć powrotu do wcześniejszej formy. Z nienawiścią w sercu idziemy na siłownie, albo biegać i próbujemy wrócić do poprzedniego stanu. Im więcej razy to robimy, tym bardziej organizm się uodparnia, więc z czasem frustracja narasta.

Ten etap też przeszedłem. I wtedy nastąpił ten“magiczny” dzień, o którym pisałem wyżej. Doświadczyłem nawet dziwnej świadomości, kiedy za dnia mnie coś denerwowało, że i tak wybiegam to wieczorem. Czasami wręcz nie potrafiłem się tego doczekać. Sam sport przestał być karą, a zaczął być nagrodą. Dał mi poczucie kontroli nad moim życiem, które traciłem za każdym razem, kiedy zmieniała się moja waga.

 

Moja rada dla Ciebie

Jeżeli zacząłeś czytać ten artykuł, podejrzewam, że przyciągnął Cię tytuł. A to znaczy, że tak jak ja kiedyś, uprawiasz sport, żeby schudnąć. Przestań! Nie rób tego. Nie idź biegać, żeby schudnąć. Idź tylko po to, żeby się zrelaksować. Słuchaj muzyki, podziwiaj przyrodę i uśmiechaj się do przechodniów. Oprócz tego przestań podchodzić do sportu jak do wyzwania. Każdy ma znajomych na endomondo, którzy mają świetne czasy i biegają 124 razy w tygodniu. Nie próbuj ich pokonać i przekraczać granic swojego organizmu. To sprawi, że potem trudniej będzie Ci się zregenerować i wrócić do regularnego ruchu. Rób to tylko dla siebie i nie publikuj niczego w portalach społecznościowych. Doceń ciszę którą Ci to daje i czystość umysłu. Pomysł tego bloga trafił do mnie właśnie pod koniec biegania. To wtedy rodzą się najlepsze pomysły i prawdziwa radość życia.

To jak? Idziesz biegać, czy się zrelaksować?

 

Pozdrawiam,

signature3

Wpisy, które mogą Ci się spodobać...

46 Responses

  1. Tomasz pisze:

    Najlepszy wpis jak dotąd ;)

    Tylko niepotrzebnie tak się uparłeś na to bieganie. To może być cokolwiek — siłownia, tenis, rower itd.

    • Wytrwały Wytrwały pisze:

      Wielkie dzięki! ;)

      Naturalnie masz rację. Upadłem się biegania bo jest to dla mnie najbliższe, ale tak jak piszesz, może to być wszystko.

      Pozdrawiam,
      Wytrwały

  2. ixyz pisze:

    Heh Wszedłem przeczytać ten wpis, bo przynzaję szczerze miałem podobną sytuację, własnie miałem, też miałem problem z wagą, a sport od dziecka był dla mnie karą od podstawówki można powiedzieć w-fu nie lubiłem najbardziej, był dla mnie karą, nie byłem tak wysportowany by osiągać przyzwite rezultaty, ale “pączki” tak zwykle miały, dlatego też może nie lubiałem tego w-fu, nigdy też mi nie przeszkadzało to że mam parę kilogramów więcej, ale jak to się mówi człowiek do wszystkiego też musi dorosnać, i zaczęło się tak jak mówisz, przez całe życie byłem realistycznym pesymistą, jeżeli widizałem gdzies kogoś dość wysportowanego twierdziłem że ja taki nie mogę być,nawet jeżeli ym chciał to nie dam rady i w ogóle, jeszcze nie spróbowałem a już narzeka, no ale bądź co nie bądź spróbuję, zaczęło się własnie jak osiągnąłęm wagę blisko 100, i zaczęło się od roweru, tylko żeby schudnąć jak piszesz, i na początku tak na to patrzyłem, dopóki własnie nie zorientowałem się jak wychodzę na rower wkurwiony jakąś sytuacją, to wszystko nagle po mnie s[pływa jak z kaczki, można powiedzieć takie małe odkrycie ameryki, byłem zszokowany niekiedy nie wiedziałem co się dzieje, wychodzę z domu wkurzony wracam z bananem na twarzy, odkryłem chyba endorfiny wtedy, ogólnie moja historia ze sportem zaczęła się jakieś 5 lat temu były wzloty i upadki, kontuzje– z ich powodu wszystkiego nie uprawiam (kłopoty z kolanami więzadła łekotki-jeszcze nie naprawione) także jak zaczęło się od roweru, tak teraz jeszcze w sumie od listopada biegam, i tu również z bieganiem odkryłem amerykę zbudowałem się od nowa, zeszły rok był dla mnie przełomowy z 99kg zjechałem do 75, owszem na wagę patrzę staram sie zdrowo odżywiać, dwa razy w tygodniu chodzę na treningi turbospalania, oraz treningi personalne,2–3 razy w tyygodniu staram się biegać, z bieganiem zaczząłem od 5 km później 7, 10, 15 teraz 22, dyche staram się biegać standardowo 2 razy w tygodniu a za 3 razem albo większy dystans albo czasówkę tak dla siebie dla sprawdzenia dla udowodnienia że mogę być lepszy i co rusz się udaje, można powiedzieć że sport w jakimś sensie odmienił mi zycie na +, czasami mam tylko wrażenie że moi znajomi tego nie widzą, pytając po co ty to robisz, przestań się odchudzać, daj sobie spokój, a ja im tłumaczę, że to już nie chodzi o odchudzanie, ale oni chyba tego nie rozumieją.

    • Wytrwały Wytrwały pisze:

      Gratuluję wytrwałości! Spadek z wagi 99 na 75 to świetny wynik.

      Co do tłumaczenia znajomym — kompletnie się nie przejmuj. W końcu nie robisz tego dla nich tylko dla siebie. ;)

      Masz sportowy cel na ten rok?

      Pozdrawiam,
      Wytrwały

  3. TomekP pisze:

    Świetny tekst! Ja zacząłem bieganie z nastawieniem zrzucenia wagi (bo przeciez nie chudnięcia :) ) i przez jakis czas to było to. Później zauważyłem, że te moje 10km w godzinę to całkiem nieżły wynik! Do czasu startu w biegu ulicznym na te 10km… Mój czas to 57min coś tam a Pani, lat 55 (mam 43), poniżej 47min.
    Jakbym patelnią dostał! To ja tu jestem zebeściak, biegam z tym psem, w nocy, latarka na łbie, biegam po wiejskich drogach, ciemno jak u murzyna w chacie — bohater Marvela to ja. A jednak starsza pani biega szybciej, a pan w wieku ok. 65–67 biegł cały czas (doganiałem go i odpadałem i tak w kółko).
    To był wrzesień ’14 i od tej pory 3 miesiące buty wisiały na kołku (biegałem 1,5 roku).
    Ale widzę z samochodu tych ludków klepiących swoje i tęskno mi jak psu (moja suka się cieszy aż ją skręca jak zakładam ciuchy), dosłownie. I mi przeszło — teraz wybiegam dla przyjemności, nie mierzę czasu, nie sprawdzam kilometrów (powiedzmy, bo znam wszystkie drogi dookoła siebie, więc i tak wiem ile przebiegłem), pies się cieszy, ja się cieszę, co więcej trzeba?
    Ja od pewnego momentu odpowiadałem na pytanie “jak ci się biega”, “fajne to bieganie?” — “męczaarnia, te całe endorfiny przereklamowane są, przyjemność żadna”. Ale tego sie wytłumaczyc nie da :), że buty, pantalony i cała reszta plus pies oraz kilka kilometrów to świetna rzecz.

    • Wytrwały Wytrwały pisze:

      Najtrudniej właśnie takie subiektywne uczucia jak “radość życia” odczuwana przy bieganiu, opisać innym. Bo to jest mniej więcej jak opowiadanie o kolorach niewidomym. Ciężko.

      Tutaj starałem się w jak najbardziej obrazowy i emocjonalny sposób opisać to co chciałem przekazać. Mam trochę wspólnego ze środowiskiem fitness i widzę jak ludzie do tego podchodzą. Uważam, że jest to dość poważny problem w naszych czasach. Ludzie chcą być wszędzie, wiedzieć wszystko, wszystko zobaczyć, wszystko przeżyć i jeszcze mieć sylwetkę jak sportowiec.

      Dziękuję Ci za dobre słowo Tomek!

      Pozdrawiam,
      Wytrwały

  4. ixyz pisze:

    Dzięki dzięki,
    Jeżeli chodzi o sportowe cele to powiem tak jak zaczęła się moja przygoda z rowerem przez jakiś czas dopuki bakcyla nie złapałem jeżdziłem na starym góralu jeszcze z komunii dopóki nie zaczął się rozpadać, póxniej kupiłem sobie troszkę lepszy roweri potrzech sniach wybrałem się ze znajomymi tutaj http://www.genetyk.com/podjazdy/karkonoska1.html ale wtedy nie wiedziałem na co się piszę pojechałem w ciemno i co tu dużo mówić 75% trasy przeprowadziłem rower, nie byłem na coś takiego przygotowany jeszcze pamiętam tak słońce waliło chyba z 40* było, jak już zjeżdżałem to z rawek mi się kopciło takżę, to mi nie może dać spokoju że ten podjazd wygrał ze mną choć to było parę ładnych lat temu do dziś mnie to męczy, także myślę że nastała pora by wyrównać rachunki, jeżeli chodzi o pozostałe cele sportowe, na pewno będę chciał zwiększyć częstotliwość ćwiczeń opartych na wadze swojego ciała, ewentualnie może jeszcze jakaś siłownia– do tej pory nie miałem z nią styczności.

    Znajomymi się nie przeejmuję w ogóle– takie docinki tylko mnie motywują, pamiętam jak jeszcze dość niedawno rok czy dwa tem, dostawałem od nich na urodziny koszulkę z napisaem facet, bez brzucha jak kufel bez ucha :) ogólnie mam dystans do siebie, z jakieś 5 lat temu kiedyś rozmawiałem ze znajomym i mówiłem mu — zobaczysz kiedyś schudnę, brzuch zniknie, — a on na to kiedy, –a ja zobaczysz kiedyś :), ogólnie co roku mi to przypominał i smialiśmy się z tego, w tym roku ja mu przypomniałem, zapytałem się czy pamięta jak pare lat temu tak mówiłem i co roku było to powtarzane z rezultatów zero, no to teraz widzisz, poczułem wtedy w pewnym stopniu się spełniony, czy pewnego rodzaju satysfakcję :)

    • Wytrwały Wytrwały pisze:

      Niedawno w dziale “Cytaty Motywacyjne” opublikowałem obrazek, który mówi:

      Największą przyjemnością w życiu jest robienie tego, czego według innych nie potrafisz zrobić” ;)

      Teraz masz formę na wyciągnięcie ręki, więc podjazd nie powinien być już problemem. Myślę, że spokojnie możesz spróbować w tym roku!

    • renisza pisze:

      Pół roku temu byłam gruba. Medycznie to się już kwalifikowalo na otyłość. Po prawdzie przytylismy z mężem równolegle. Dwójka grubasow. I on co chwile mówił “zonka, musimy się wziąć za siebie”.
      Posluchalam.
      Wzięłam się, zaplanowalam co i jak będę robić.
      Dziś jestem lzejsza o ponad 20 kg. Rozmiar 36. Ale nie o to chodzi. Ja już sobie nie wyobrażam życia bez ruchu, fizycznych wyzwań. Niesamowicie wzrosła mi odporność na stres.
      Mąż niestety nic nie zrobił ze sobą. Znaczy się obraził się kiedy kupiłam mu treningi z trenerem. Dalej je kebaby, pije piwo w dużych ilościach. I jest smutny, sfrustrowany i zgryzliwy.

      • Wytrwały Wytrwały pisze:

        Znam też bardzo dużo “grubych”, szczęśliwych ludzi. Wielu z nich próbowałem nawrócić, ale po czasie zrozumiałem, że niektórzy po prostu tak wolą. Są bardzo pozytywnymi i roześmianymi postaciami. Każdy ma inny sposób na radzenie sobie z rzeczywistością :)

        Twój mąż może być smutny i zgryźliwy ze zwykłej ludzkiej zazdrości. W końcu Tobie się udało. To nic złego. Przestań naciskać na męża, a może okaże się, że pewnego dnia sam zapisze się na trening. Po sobie wiem doskonale, że im więcej żona mi gada nad głową, tym mniej mi się chce ;)

        Pozdrawiam,
        Wytrwały

        PS. Właśnie zauważyłem, że piszesz nawet o tym bloga -> jakszybkoschudnąć.eu. Nie omieszkam poczytać!

  5. jaskoah1899 pisze:

    coz za cynizm i podejscie do zony jako do rzeczy nabytej znalazlem prace zone zamiast ozenilem sie wszystko pod swoje ego wytrwalosci to i moze ci nie brakuje ale pokora tez nie grzeczysz na codzien stronie od oceniania innych bo to tez slabosc ale ulegamy im a moja wypowiedz to ich skutek brzmisz cynicznie i uwazaj zeby osiagniecia nie przekladaly sie na twoja dume i ogromne ego ktore gubi pozatym ladnie pieknie i wogole niezly jestes tylko sie wypowiadaj mnie przemadrzale

    • Wytrwały Wytrwały pisze:

      Żona to najlepsze co mnie w życiu spotkało. A określenie, które przytoczyłeś to jedno słowo: “znalazłem” zamiast “ożeniłem się”. Z całego serca życzę Ci, żeby nikt nigdy na podstawie jednego słowa tak pochopnie Cię nie ocenił ;)

      Bywaj zdrów i zachęcam do lektury przyszłych tekstów.

      Pozdrawiam,
      Wytrwały

      • Konradov pisze:

        Każdy ma swoje skojarzenia. Ja sformułowanie “znalazłem żonę” odbieram wręcz pozytywnie, niczym wskazujące na kogoś, kogo się poszukiwało, ale bez powodzenia, by znienacka go/ją napotkać, odkryć w życiu. Całkiem jak ze sformułowaniem “odnaleźć się w sytuacji”, które sugeruje pozytywną przemianę, zwrócenie się do czegoś konstruktywnego. Odnajdywanie jest przeciwieństwem zagubienia…

        Pozdrowienia od trenującego regularnie piąty rok :)

  6. nostalgia pisze:

    zatęskniło mi się za bieganiem.… Kiedyś biegałam minimum godzinę dziennie, bardzo mnie to relaksowało. Później niestety były problemy zdrowotne, studia, na których trudno było o wolną chwilę. I tak nie biegam od 5 lat. Kilkukrotnie próbowałam wrócić, ale kiedy dostawałam zadyszki po paru minutach biegu rezygnowałam. Nie mogłam pogodzić się z tym, że nie jestem już w takiej kondycji jak kiedyś. Ale są postępy:) Od 2 dni ćwicze z Jillian Michaels (polecam “30 Day Shred”, trzy poziomy po 10 dni), mam okropne “zakwasy” i znów czuje, że żyje. Do biegania muszę wrócić bo zawsze sprawiało mi ogromną przyjemność. Tylko wtedy naprawdę odpoczywałam psychicznie.

    • Wytrwały Wytrwały pisze:

      Nie dziw się swojemu organizmowi, że daje Ci zadyszkę po kilku minutach biegania, skoro nie biegałaś 5 lat. Bieganie angażuje dużo mięśni, które nie ćwiczone regularnie tracą na efektywności. Po takim okresie czasu powinnaś wręcz uprawiać marszobieg. Potem minie miesiąc lub dwa i będziesz biegać tak jak kiedyś ;)

      Możemy się nawet umówić, że za dwa miesiące napiszę do Ciebie i sprawdzimy czy się udało. ;)

      Powodzenia!
      Wytrwały

  7. nostalgia pisze:

    podejmuje wyzwanie:) uda się na pewno! :)

  8. Tomek pisze:

    Ja myślę, że sytuacja ektomorfików, czy może raczej chudzielców jest w pewnym sensie podobna. Oni również mogą być niezadowoleni ze swojego wyglądu i również muszą przestrzegać odpowiedniej diety i ćwiczyć, aby wyglądać dobrze.

    Ja chodziłem na siłownię tylko i wyłącznie po to, aby przybrać na wadze. To był mój jedyny powód. I tak samo jak u ciebie, dało to niezłe efekty, ale gdy zaprzestałem ćwiczyć, waga szybko spadła do tego co było. Od tego czasu siłownię odwiedzam rzadko, bo jest dla mnie katorgą. Uwielbiam natomiast biegać, jeździć na rowerze i w szczególności pływać. Pływając jednak masy nie zrobię.

    Cóż, spróbuję jeszcze wrócić do regularnych ćwiczeń na siłowni, może tak jak Tobie uda mi się zmienić do niej podejście.
    Pozdrawiam.

    • Wytrwały Wytrwały pisze:

      W sumie nie byłem tego świadomy. Mam na myśli to, że ektomorficy po odstawieniu ćwiczeń “chudną”. Może rzeczywiście ten proces u Was jest bardzo podobny, tylko po prostu ma przeciwny zwrot.

      A co do wracania do ćwiczeń — nie próbuj. Po prostu wróć ;)

      Daj znać kiedyś czy się udało!

      Pozdrawiam,
      Wytrwały

  9. gosia pisze:

    co za idiota ten od bloga
    i co bez motywacji ile wazysz cielaku leniwy.
    Wiecie co juz dawno takiej bzdury nie slyszalam. Motywacja i zaparcie to efekt. relaks i telewizja frytk. chipsy i popkorn to grubasy. Bez zapaecia i lenie smierdzace. Jesli jestes gruby a nie chcesz byc to rusz dupe z fotela odstaw pilota i bedzie ok.

    • Wytrwały Wytrwały pisze:

      Cześć Gosiu,

      Nie do końca wiem co chciałaś przekazać, ale doceniam, że przeczytałaś artykuł ;)

      Pozdrawiam,
      Wytrwały

  10. gosia pisze:

    a czy ty wiesz co chciales przekazac?
    debilny blog i po czyms takim co piszesz podkreslasz wytrwaly:):): ale w czym Zarciu:)
    bo skoro motywacji i zaparcia brak to znaczy LENISTWO
    to wlasnie ty
    pozdrawiam zrelaksuj sie i zjadz FRYTKI

    • Wkurzony pisze:

      Gosia, kim ty w ogóle jesteś? Chłopak napisał naprawdę fajny artykuł, który na pewno zmotywował niejedną osobę Wytłumaczył ciekawe zjawisko, z którym zgodzi się pewnie większość czytelników, a ty czepiasz się go o … no właśnie o co? Poziom twojej wypowiedzi jest na poziomie osoby powtarzającej pierwszą klasę gimnazjum po raz trzeci. Przeczytałem Twoje wypowiedzi po kilka razy i nadal nie wiem co autor miał na myśli. Zamiast się wypowiadać i chodzić z koleżankami po sklepach, weź lepiej jakąś książkę (to takie coś z kartkami) i ją przeczytaj. Może ci troszkę inteligencja wzrośnie, a jak nie to może nauczysz się konstruować zdania.

  11. pogusmok pisze:

    Gosiu jeżeli nie zrozumiałaś co chciał przekazać autor to poprostu nie komentuj :-)

    Co do tekstu, sama prawda. Bieganie to sztuka, do której zrozumienia trzeba ‘dorosnąć’. Nie potrzeba butów za 600zł, endomondo czy zegarka z pulsometrem. Wystarczy nauczyć się przebywać z samym sobą, bo bieganie z kimś to już cos zupełnie innego.

    Tak jak w kawałku Eldo — Plaża:
    “Chcę byś wysłuchał tych słów, o jedno proszę pozwól,
    Znajdź w sobie siłę na dobro, na wiedzę i na rozum,
    Zatrzymajmy się w pędzie, nikt nie pamięta po co biegnie,
    Czy na pewno po szczęście, czy sam bieg nie jest biegu sensem?” :-)

    Pozdrawiam i życzę dużo zdrowia!

    • Wytrwały Wytrwały pisze:

      Kiedyś słuchałem tego kawałka, ale widocznie nie “rozumiałem” samego tekstu. Ciekawy fragment i dobry materiał do “Cytatów motywacyjnych”. Mimo, że bardziej skłania do refleksji niż samej motywacji, to uważam że się nada!

      Bardzo Ci dziękuję. Dla takich osób jak Ty chce mi się to robić ;)

      Pozdrawiam,
      Wytrwały

  12. Leniwiec Leniwiec pisze:

    Wpis dokładnie trafia w samo sedno. Też biegałem dla schudnięcia, później żeby 10 km zrobić poniżej godziny, przebiec półmaraton. Do tego 2–3 razy ćwiczenia z obciążeniem w domu. Kurde — potrafiłem nawet wychodzić na bieganie o 23.00 i wracać z białą czapą od szronu :) Faktycznie Endomondo i porównywanie czasów, dystansów, tempa ze znajomymi były na porządku dziennym. Po półmaratonie ciśnienie na bieganie mi spadło. Miałem przerwę i jak zacząłem znowu okazało się, że truchtam a nie biegam bo co to za bieg w tempie 6:15 min/km :) — na Endo znajomi byli szybsi :). Szybsze bieganie kończyło a to bólami kolan a to bólami pleców a samo wyjście “ja pie$$%#$%#lę” jakbym szedł na tortury.
    Ktoś kiedyś napisał, że nie ważne jaka aktywność — ważne, żeby była regularna i sprawiała człowiekowi przyjemność. Jak się to przyjemność zgubi to — tak jak piszesz Wytrwały — jest już pozamiatane. Dlatego dziś będzie biegane — ale jak za starych dobrych czasów, kiedy się jeszcze w bawełnie śmigało — czasomierz, żeby wiedzieć kiedy zawrócić i dobra muza :)

    • Wytrwały Wytrwały pisze:

      Doskonale wiem o czym opowiadasz. To prawie kropka w kropkę moja historia.

      Podziel się wrażeniami jak wrócisz z biegania ;)

      A co do nicka, jesteś pewien, że facet, który potrafił biegać o 23 i przebiegł półmaraton to Leniwiec? Nie sądze :)

      Pozdrawiam,
      Wytrwały

      • Leniwiec Leniwiec pisze:

        Pobiegane :) 33 minuty z groszami, patrząc na trasę jakieś 5 km z groszami. Bez Endo, pogoni za innymi na trasie. Do tego jak płuca/plecy/kolano mówiły “dosyć” tempo jeszcze bardziej szło w dół. Jak było można w jednym słowie: LUX :)
        Co do nicka — co było a nie jest nie pisze się w rejestr, zaczynam od zera. Jutro ćwiczenia w domu — barki ciążą, stabilizacja też średnio ale tak jak z bieganiem bez spiny :)
        Tak mnie naszło jeszcze jedno właśnie podczas biegania. Postanawiamy, bierzemy się za siebie. Planujemy bieganie/siłownię/ćwiczenia w domu/basen/etc. i wszystko idzie ok. Nie oszukujmy się jednak — czasami proza życia wygrywa. W planach była godzina na bieganie/ćwiczenia ? Nijak się nie da — nawet bieganie /ćwiczenia/etc o 23.00 odpada bo rano pobudka o 5:00 a później 4 godziny za kółkiem. Możemy wykroić najwyżej 20–30 minut. Co wtedy robimy ? Skoro pełny trening w plecy to lepiej nic nie robić. I to jest właśnie błąd — lepsze nawet 20 minut niż nic. Ba, lepsze 15 minut niż odpuścić.
        Ja teraz nie zamierzam. Dzięki za stronkę Wytrwały :)

        • Wytrwały Wytrwały pisze:

          Mówiłem, że w czasie biegania przychodzą świetne pomysły do głowy :)

          Masz stuprocentową rację. Mam też coś co powinno Cię zainteresować. Jest to Tabata. To trening, który trwa 4 minuty, ale ma potężną moc. We własnym zakresie dużo o nim czytałem i sam testowałem. Okazuje się, że mięśnie na bardzo krótki, ale kosmicznie intensywny trening reagują podobnie jak na długie, mozolne bieganie :)

          Za stronkę nie ma za co. Ja Tobie dziękuję za to za zaangażowanie! ;)

          Napisz czasem jak Ci idzie z postanowieniem :)

          Pozdrawiam,
          Wytrwały

          • Leniwiec Leniwiec pisze:

            Od czasu do czasu coś skrobnę :) W sumie to w weekend założę dziennik treningowy — jak wypali podeślę linka. Tabatę stosowałem kiedyś — w tym protokole robiłem burpees — w wersji prostszej, bez pompki. Niby tylko 4 minuty ale piekielne 4 minuty :)

  13. Dan pisze:

    A ja przeczytałam ten artykuł właśnie nie dlatego, że ćwiczę, bo chcę schudnąć, tylko właśnie dlatego, że też przeżyłam taką metamorfozę. Jako małe dziecko cały czas chorowałam, więc nici ze sportu, bo byle się człowiek spocił, to angina. Potem na wszystkich szczeblach nauki po prostu nienawidziłam w-f, bo zawcze byłam najgorsza, najsłabsza, wybierana na końcu do grupy itp. itd., wiadomo. Nienawidziłam w-f, bo liczyło się tylko to, by najszybciej, najdalej, żeby zmieścić się ze swoim wynikiem do tabelki z odpowiednią oceną. Dramat. Dopiero na studiach odkryłam różne zajęcia fitness, pilates, zumbę. I bieganie też, podczas gdy na w-f przebiegnięcie 100 metrów oznaczało kolkę i inne historie. Poza tym po prostu nauczyłam się uprawiać sport — w szkole nie uczyli mnie w ogóle, czy dobrze wykonuję daną rzecz. I faktycznie, ten moment, w którym odkryłam “fajność” sportu był związany z potrzebą schudnięcia. Ale teraz już tak nie jest! Ten moment po treningu, kiedy jest się tak zmęczonym, a jednocześnie ma się taką siłę, jakby się mogło góry przenosić — bezcenny. Kiedyś jak widziałam biegacza w parku, autentycznie myślałam, że jest nienormalny. Teraz — żałuję, ze nie mam ze sobą odpowiedniego stroju. Myślę też, ze każdy powinien znaleźć coś dla siebie, a nie być zmuszanym do robienia czegoś, co mu wybitnie nie wychodzi. Pozdrawiam ;)

    • Wytrwały Wytrwały pisze:

      Ja w dzieciństwie miałem ten sam problem. Ciągle byłem chory. Dodatkowo miewałem też problemy z sercem, także rozumiem Cię ;)

      Wytrwałości życzę!

  14. HenrykG pisze:

    Witam, ja miałem podobny problem z nadwagą — wciąż próbowałem schudnąć niestety bez lepszych efektów. Obżerałem się słodyczami na okrągło i ta jak śpiewali bracia Golec — kwicałem gdy słodyce widziałem. Dopiero jak odłożyłem cukier na bok zacząłem się więcej ruszać i zastosowałem program dietetyczny o nazwie limvena — udało się nabrać prawdziwej męskiej sylwetki — nawet kaloryferek na brzuszku się uwypuklił :P — jestem z siebie dumny a żona chyba się ponownie we mnie zakochała :)

  15. jeszcze moge pisze:

    Przeczytałem cały artykuł i wszystkie komentarze z dużym zainteresowaniem.

    Ja zacząłem biegać aby pozbyć się alkoholizmu. Z nałogu picia alkoholu wpadłem w nałóg biegania. Zbicie wagi nigdy nie było moim pierszorzednym celem. Aby poprawiać czasy konieczne było jednak ograniczanie wagi. Minęło wiele lat. Jestem już po sześćdziesiątce. Nie wiem nawet czy ja naprawdę biegam. Nie wiem dlaczego. Może dlatego, że mogę? Zbiegiem lat– moja kolekcja książek o bieganiu, w dwóch językach, przekroczyła setkę egzemplarzy. Kolekcja butów do biegania to 16 par. Jest kilkanaście zegarków, przenajrozniejszych pulsometrów, GPS –ow, itd itp. Mam nawet taki kijek do masażu, którego jeszcze od kilku lat nie użyłem.

    A może jenak w tym bieganiu coś jest? Ostatnio wziąłem udział w zawodach na 10km. Zrobiłem to tak dla towarzyszenia mojemu młodemu zięciowi (43 lata). Nie naciskałem. Podziwiałem krajobraz i otoczenie. Na każdym punkcie podawania wody przystawałem, wypijałem i dziękowałem podającym (na ogół miłym paniom). W czasie biegu wdałem się się w dyskusje z innym biegaczem. Pytał czy ten bieg to naprawdę trudny. Odpowiedziałem, że chyba tak, a specjalnie z uwagi na temperaturę (było ok 30 stopni). Po biegu poszedłem do domu, nie czekając na prezentację. Jakże się potem zdziwiłem, że zająłem 2 miejsce w kategorii 60–69 lat. Tak sobie myślę, że w tym Campbelltown (takie sobie 200 tysięczne miasto) to te staruchy jakieś takie wybrakowane…

    • Wytrwały Wytrwały pisze:

      Nie ma to jak Polska, wytrwała krew! Gratuluję Panu motywacji w takim wieku. Niejeden “młody” pewnie jest w gorszej kondycji.

      Oby tak dalej ;)

  16. Edyta pisze:

    Dzięki za fajny artykuł:)))
    Robię coś dla siebie od roku.Po pół roku zumby,fitnessu i biegania dla “muszę” i walczenia z próbą zrzucenia zbędnych kg chyba udało mi się przejść w etap “chcę”…zupełnie inna bajka bawienia się ćwiczeniami,ruchem i endorfinkami.Waga ruszyła w dół-oczywiście to bardzo cieszy:) motywuje dalej.Jednak cieszy jeszcze bardziej to,że się “zmęczyło” i ten uśmiech na twarzy,który pojawia się po wyrzuceniu z siebie wszystkich złych emocji wylanych z potem.
    Ten artykuł pomoże nie jednej osobie uświadomić co tak naprawdę powinno nas uszczęśliwiać w ruszeniu tyłka z kanapy,aby łapać to co najlepsze w ruszaniu się-zabawę:) pozdrawiam!

  17. Karina pisze:

    Cześć,

    zacznę od hasła: “biegam, bo lubię” :) Zaczęłam biegać z motywacją schudnięcia… Jednak po miesiącu ciągłego motywowania się, zwlekania czterech liter sprzed komputera, ignorowania brzydkiej pogody, chudnięcie stało się tak naprawdę kwestią wtórną :) Potrzeba aktywności weszła tak w nawyk, że większość mojego stylu życia zaczęła być niemu niejako podporządkowana, tj. trzy razy się zastanowiłam, czy faktycznie przed zaśnięciem chcę sobie zrobić tą kanapkę z serem żółtym i sporą ilością majonezu, bo w głowie od razu zaczęłam ją przeliczać na kółka i kilometry, które będę musiała odbębnić dnia następnego. Myślę, że każdy, kto wyszedł lub wychodzi ze swojej strefy komfortu wcześniej, czy później zmierza się z tezą/pytaniem zawartym w Twoim artykule (mniej lub bardziej świadomie). Trzeba tego wysiłku i swoistego przekroczenia siebie, aby nabyć podobną świadomość, że w tym wszystkim faktycznie tkwi szczęście (przez każdego z nas różnie interpretowane), a nie stricte sama potrzeba stracenia na wadze. Pozdrawiam serdecznie!

    • Wytrwały Wytrwały pisze:

      Cześć Karina!

      Bardzo dziękuję za komentarz :) Mam nadzieję, że już zawsze będziesz ruszać się tylko dla siebie.

      Życzę Ci wytrwałości i powodzenia!

  18. Monika pisze:

    Jako matka niemalże dwulatka nie dostarczam sobie tyle ruchu ile bym chciała, dlatego kiedy młody idzie spać piję kawę, a potem godzina ćwiczeń jako nagroda za udany dzień :D

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title="" rel=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>